Wukan głosuje, czyli demokracja po chińsku

Mieszkańcy Wukan protestują.
Mieszkańcy Wukan protestują. fot. Peter Parks, AFP - getty images // ze strony The New York Times
W sobotę, mieszkańcy wioski Wukan, którzy w grudniu zainteresowali media swoją determinacją w czteromiesięcznych protestach, poszli do urn, by wybrać nowe władze. Czy wpłynie to na rozwój demokracji w Chinach? - pytają obserwatorzy.

To o nich rozpisywały się światowe gazety, gdy tłumnie wyszli na ulice we wrześniu, by sprzeciwić się sprzedaży ich ziemi przez lokalnych działaczy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) bez ich uprzedniej zgody. Oskarżenia te przerodziły się w długotrwałe protesty, których eskalacja miała miejsce w grudniu 2011 roku. Mieszkańcy zarzucili partyjnym działaczom korupcję, która jest jednym z największych problemów z jakimi borykają się dzisiejsze Chiny.


Prawdziwym punktem zapalnym stała się śmierć jednego z inicjatorów protestu, Xue Jinbo. Jako oficjalną przyczynę zgonu podano atak serca, ale mieszkańcy twierdzą, że Xue został zabity na zlecenie lokalnych aparatczyków. To doprowadziło do starć z policją, która w wyniku tego zdarzenia musiała ewakuować się ze wsi. Mieszkańcy, by uniemożliwić im powrót ustawili barykady na ulicach wylotowych z Wukan.

Lokalne władze zastraszone sytuacją postanowiły pójść na pewne ustępstwa. Przystały na żądania w sprawie wydania ciała Xue jego rodzinie oraz zapewniły, że odbędzie się śledztwo w sprawie jego śmierci. Na szefa miejscowego komitetu partii, mianowali kierownika komitetu protestujących, Lin Zuluan’a. Co więcej, obiecali zbadać sprawę sprzedaży ziemi i rozpisali nowe wybory na marzec.

Lin zwycięzcą



To właśnie Lin, emerytowany biznesmen, który poprowadził mieszkańców do protestów, wygrał sobotnie wybory na przywódcę komitetu wiejskiego. Do głosowania poszło ponad 80 proc. uprawnionych mieszkańców. Pośród nich byli również pracujący na co dzień w innych miastach, niekiedy oddalonych o setki kilometrów od Wukan, migranci. W sumie zagłosowało ponad sześć tysięcy mieszkańców. - To najbardziej przejrzyste wybory jakie kiedykolwiek miały u nas miejsce - twierdzi Yang Semao, dyrektor nowego komitetu.

Yang ma rację, wybory do komitetów wiejskich choć z założeniach demokratyczne często są skorumpowane i fałszowane. Prowadzi to do tego, że wygrywają je niekoniecznie cieszący się największą popularnością kandydaci. Jest to jednak jedna z niewielu możliwości, kiedy mieszkańcy Chin mają okazję brać czynny udział w procesie demokratycznym.

Powiew demokracji

Wybory do komitetów wiejskich zostały wymyślone w latach 80-tych, w prowincji Guangxi. Powstały bez wiedzy władz centralnych. Były one odpowiedzią na kryzys związany z malejącą efektywnością brygad i zespołów produkcyjnych, które zostały wyparte przez gospodarstwa rodzinne, na mocy zmian wprowadzonych przez Deng Xiaoping’a. W tym czasie komitety były jednostkami całkowicie autonomicznymi i pozarządowymi.

Model ten szybko rozprzestrzenił się po kraju i zdobył poparcie KPCh. W 1998 roku na mocy prawa organicznego ustalono, że wszyscy kandydaci do komitetu wiejskiego muszą być bezpośrednio nominowani przez mieszkańców. Co więcej, liczba kandydatów musi być większa niż liczba dostępnych stanowisk, a głosowanie musi być tajne.

Wybory te jednak rzadko można uznać za demokratyczne. Członkowie KPCh często przeforsowują swoich kandydatów sprawiając, że ci bezpartyjni prawie nie mają szans na wygraną. Poza tym korupcja, choć grozi za nią kara śmierci, jest tam na porządku dziennym.

Bunt i moralność

Szacuje się, że w 2010 roku odbyło się ponad 180 tysięcy protestów. To o ponad sześć razy więcej niż w 2006 roku. Większość, bo aż 65 proc. z nich, dotyczy bezprawnego zagarnięcia ziemi. Najczęściej zostają szybko tłumione przez policję. Mimo tej ogromnej liczby niektórzy specjaliści od Chin uznają zrywy społeczne za mało znaczące przypadki społecznego buntu.

Tym powodem jest fakt, że w chińskiej kulturze nie ma tradycji kontestacji polityki władców ze względu na podejmowane reformy. - To raczej etyka i moralność są podstawą do wysnuwania takich sądów - twierdzi sinolog z uniwersytetu Stanforda, Thomas Metzger. Dlatego na pytanie czy wpłynie to na rozwój demokracji w Państwie Środka wielu odpowiedziałoby negatywnie. Przyglądając się jednak ruchom społecznym w dzisiejszych Chinach można się z tym wnioskiem nie zgodzić.

Od lat 90-tych nieustannie powstają tam liczne organizacje rządowe i pozarządowe (NGOs), które zajmują się sprawami uważanymi przez Partię za mało istotne. Są to na przykład NGOs pomagające chorym na AIDS i HIV. Oprócz tego tworzone są oddolne ruchy, które próbują nawiązać dialog z Partią i nakreślić problemy, z którymi boryka się państwo. Takim przykładem jest Ruch Obrony Praw Obywatela (weiquan yundong), który powstał po zabójstwie grafika-migranta Sun Zhigang z powodu nieokazania przez niego pozwolenia na pozostanie w prowincji1. W wyniku ich działania, premier Wen Jiabao, nakazał zamknięcie centrów repatriacji dla migrantów.

Te wszystkie inicjatywy społeczne ujawniają, że ludzie domaga się większych swobód obywatelskich i ochrony własności prywatnej, co zmusza Partię do tworzenia prawa i jego coraz częstszego przestrzegania.

Demokracja i chiński paradoks

Nie oznacza to jednak, że Chiny zmierzają w kierunku demokracji liberalnej na wzór zachodni. Czemu tak się dzieje? To między innymi przez chiński paradoks, który polega na tym, że władze lokalne, które jako jedyne wybierane są w procesie demokratycznym, uważane są za najbardziej skorumpowane i najmniej efektywne. Cieszą się przez to najmniejszym zaufaniem społecznym. Lokalne rządy są synonimem złej polityki. W żaden sposób nie są utożsamiane z władzą centralną zasiadającą w budynkach partyjnych w Zhongnanhai, w Pekinie. Dlatego podczas protestów nigdy nie są podnoszone hasła o obalenie całego systemu.

Czy zatem ruchy obywatelskie wpłyną na zmianę systemową w Chinach? Zapewne tak, ale niekoniecznie podążą one w kierunku demokracji.

Widać natomiast, że rządzący próbują w inny niż dotychczas sposób rozwiązywać problem buntów ludności. Rozumieją, że dzięki zapewnieniom o pomocy w dochodzeniu racji protestujących, jak miało to miejsce w Wukan, Komitet Centralny Komunistycznej Partii Chin może zyskać większe zaufanie społeczne. Demokracja zatem, w mniemaniu Chińczyków, nie oznacza czegoś bezwzględnie korzystnego, a problemy społeczne najlepiej rozwiązują “mędrcy” powoływani przez Kongres Ludowy.

Obserwatorzy Chin cytowani przez Michael Wines’a w amerykańskim The New York Times twierdzą, że finał wydarzeń w Wukan to nie zwiastun zmian, ale raczej moment radości w skomplikowanym systemie, który rozprawia się z protestami bez ogólnie przyjętego wzorca, ale zawsze według indywidualnie rozpatrywanych przypadków. Raz pogrozi pięścią, a raz pogładzi aksamitną rękawiczką - pisze Wines.

Mieszkańcy też nie dowierzają, że wybory i protesty przyczynią się do szerszych zmian. - Wolę nie używać takich słów jak “sukces” - mówi jeden z mieszkańców. - To dopiero pierwszy krok i mamy przed sobą jeszcze wiele do zrobienia- dodaje.

W The New York Times możecie obejrzeć reportaż fotograficzny z głosowania w Wukan.
Trwa ładowanie komentarzy...